Łihihihi! Dostałam zwrot drugiej części i oto ją Wam prezentują.
Enjoy po raz drugi. :D
P R O L O G cz.2
Kiedy już odstawił furgonetkę na jej wcześniejsze miejsce, ziewnął przeciągle i spojrzał z kpiącym uśmieszkiem na bandziora, który jeszcze chwilę temu miał zamiar ukraść ów „wózek”.
— Tak na przyszłość – Bóg powiedział „nie kradnij”. — Uśmiechnął się złośliwie, zbliżając o krok do mężczyzny. — A teraz radziłbym ci zwiewać, gdzie pieprz rośnie, nim się rozmyślę. Mógłbym ci niechcący skręcić kark – nie do końca panuję nad własną siłą.
Zamaskowany mężczyzna mało się nie zabił na krawężniku, gdy przed nim uciekał. Po drodze wpadł jeszcze na latarnię, rowerzystę i człowieka z psem, aż wreszcie trafił na ruchliwą ulicę główną, znikając z oczu młodzieńca.
Evan uwielbiał się popisywać. To, że posiadał nadprzyrodzone moce tylko mu w tym pomagało. Ach, jakiż respekt wzbudzał wśród jego znajomków fakt, że bez przesiadywania po kilka godzin na siłowni potrafi przesunąć nawet ciężarówkę. Cóż, dobrze było być szczęściarzem, którego los obdarzył niecodziennymi umiejętnościami.
— Powinieneś się trochę pilnować. — Usłyszał za swoimi plecami miły głos, w którym pobrzmiewał obcy akcent – typowo europejski.
Chłopak odwrócił się powoli. Do ust przyklejony miał radosny uśmieszek – nie musiał się bać – przecież był mega silny!
— A ty to…? — Zlustrował go swym taksującym spojrzeniem od góry do dołu.
Przybysz miał na sobie markowe ciuchy z najdroższych sklepów – elegancki czarny garnitur w białe, pionowe pasy, czarny płaszcz, błyszczące buty na niskim obcasiku i gangsterski kapelusz, a pod pachą…
— Czy to jest… Broń? — Mina mu nieco zrzedła.
Cofnął się krok w tył i oparł o maskę własnego samochodu.
Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał na to, co znajdowało się pod jego pachą.
— To tylko M9. — Machnął lekceważąco ręką i podszedł bliżej, wciskając drugą dłoń do kieszeni spodni.
— Czego ode mnie chcesz? Jak się nazywasz? Kim ty w ogóle, do cholery, jesteś? Mafia, czy co?
— Powoli! Chłopie, gdybym chciał natychmiast odpowiedzieć na twoje pytania to dostałbym zadyszki — zaśmiał się wesoło i oparł o latarnię uliczną, która zapaliła się dosłownie pół sekundy wcześniej.
— Jestem Teo. Prawdziwego imienia ci nie podam, bo i tak ci się nie przyda — przedstawił się spokojnie, wyciągając doń rękę, której ten jednak nie uścisnął.
Włoch opuścił dłoń i wzruszył ramionami.
— Widziałem, co zrobiłeś z tym samochodem — skinął głową w kierunku pojazdu. — Nie uważasz, że lepiej by było nie chwalić się takimi zdolnościami? — Jego twarz spoważniała nieco.
— To nie twoja sprawa. Po prostu dużo pakuję — burknął cicho i usiadł na masce.
— Ta… Pakujesz, mówisz? — Uniósł w górę jedną brew. — Spójrz na siebie – nie wyglądasz na kogoś, kto chodzi na siłownię.
— Jak już mówiłem – nie twoja sprawa — prychnął pogardliwie.
— Uspokój się, koleś! Mogę ci pomóc.
— Pomóc? Ale ja nie potrzebuję pomocy — zdziwił się szczerze, przyglądając mu się z coraz większym zaciekawieniem.
— Znam rodzeństwo, które też może pochwalić się niecodziennymi zdolnościami.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Nie rób z siebie większego głupka, niż jesteś w rzeczywistości — westchnął i pokręcił głową z rezygnacją. — Szukają właśnie takich, jak ty. Mają plan, ale nie zrealizują go bez twojej pomocy.
— Jak mnie znalazłeś?
Z całą pewnością chłopak poczuł się zagrożony, co niespecjalnie mu się podobało.
— To nie jest teraz istotne. Jeśli zechcesz się do nas przyłączyć, to zdradzę ci kilka tajemnic — mrugnął do niego okiem i odepchnął się od latarni. — Więc jak? Jedziesz ze mną, czy nadal będziesz straszył złodziei w tej podłej norze? — Wskazał na budynki, wznoszące się naprzeciw nich.
Dzielnica, w której się znajdowali, była jedną z tych brudniejszych i bardziej nieprzyjemnych w całym Nowym Jorku. Szczury bez skrępowania spacerowały sobie po chodnikach, nie zwracając uwagi na ludzi; śmieci leżały w każdym wolnym miejscu, jak gdyby było to wysypisko, a bloki ziały dziurami w miejscach, gdzie powinny być okna.
Młody chłopak odgarną włosy z oczu i wziął głęboki wdech.
— Przyjechałeś samochodem? — zapytał. Włoch pokręcił przecząco głową. — To wskakuj i mów gdzie mam jechać. — Prześliznął się po masce swej furgonetki i wskoczył za kierownicę.
Włożył kluczyk do stacyjki, jednak stary rzęch wydał z siebie kilka głośnych kaszlnięć i po prostu zdechł.
— Świetnie — mruknął, uderzając pięścią w kierownicę.
Wyszedł z samochodu i przeszedł na drugą stronę ulicy. Po chwili zniknął w potężnej bramie, której lewe skrzydło dawno temu zostało wyrwane z zawiasami. (Teo miał dziwne wrażenie, że wie, kto je zniszczył…) Po chwili z wnętrza korytarza dobiegł głośny warkot i na ulicę wyjechał czarny ścigacz.
— Wskakuj póki nikt się nie zorientował! — zawołał do elegancika, który natychmiast wykonał jego polecenie.
— Umiesz to w ogóle prowadzić? — zapytał dziwnie drżącym głosem.
— Się wie! — odparł młody i ruszył z piskiem opon, wznosząc w górę tumany kurzu i śmieci.
Po drodze rozjechał jeszcze jakiegoś starego szczura, jednak nikt już na to nie zwrócił uwagi.
— Nazywam się Evan Prince, ale mówią na mnie Billy — Chłopak starał się przekrzyczeć ryk silnika motoru, co wychodziło mu całkiem nieźle.
— Wiem — odkrzyknął Teo. — Twój ojciec jest kuzynem księcia hrabstwa Wicklow, a matka córką irlandzkiego premiera – nie rozmawiasz z nimi od pięciu lat, odkąd wyprowadziłeś się z domu i przeniosłeś do Ameryki — dodał z wyraźną satysfakcją w głosie.
— Skąd ty to wszystko wiesz?
— Bo jestem czarodziejem, chłopie!
***
Cynthia nie lubiła takich miejsc, jak to, w którym właśnie się znalazła. Kolorowe neony, kolorowe prostytutki i bezbarwni mężczyźni w swych bezbarwnych samochodach, które idealnie wtapiały się w otoczenie.
Blondynka spojrzała na zegarek. Nie tolerowała spóźnialskich, a osoba, na którą czekała, właśnie się spóźniała.
Ubrana była dzisiaj wyjątkowo kiepsko. Można by wręcz powiedzieć, że brzydko. Jasne spodnie w kratę, proste, bez zbędnych dodatków; na nogach adidasy, a na ramionach gruby, wełniany sweter. Włosy rozczochrane, makijaż odszedł w zapomnienie. Wolała stać się niewidzialną na ten wieczór. Miała dosyć mężczyzn, którzy chcieli ją zaciągnąć do łóżka.
— Johnny! Ach, Johnny! Błagam, weź mnie! — Jakaś brudna, obrzygana i oblepiona spermą dziwka rzuciła się na maskę czarnego BMW. — Och, Johnny! Wiesz, że jestem najlepsza!
— Nawet dziwka powinna mieć minimum szacunku dla samej siebie. — Panna Hillback odwróciła się powoli i stanęła twarzą w twarz z dosyć wysoką, czarnowłosą dziewczyną o ustach pomalowanych krwistoczerwoną szminką i podkrążonych oczach.
Jej strój był dosyć skąpy (jeśli nie liczyć drogiego, rozpiętego futra, zwisającego jej z ramion). Nie, skąpy to za mało powiedziane. Był wulgarny, wyzywający, a wręcz obraźliwy.
— Cynthia Hillback, jak mniemam? — zapytała, podając jej swoją wypielęgnowaną dłoń. — Nazywam się Josephine, ale tutaj mówią na mnie Francuzeczka. — Przedstawiła się kulturalnie, uśmiechając się wesoło na widok zgorszonej miny blondynki.
— Czy mogłybyśmy porozmawiać w jakimś… przyjemniejszym miejscu? — Cynthia traciła powoli cierpliwość.
— Oczywiście, że tak. Mój szofer zawiezie nas gdzie tylko zechcesz. — Skinęła głową na postawnego murzyna, stojącego przy lśniącej limuzynie.
— Jedźmy więc. — Hillback wskoczyła pospiesznie na tylne siedzenie, a gdy drzwi zatrzasnęły się za brunetką odetchnęła z ulgą.
— To gdzie jedziemy? — Francuzeczka uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
— Niech jedzie w stronę centrum. — Prostytutka skinęła głową i zasunęła okienko szoferki, po czym zwróciła się w stronę swej rozmówczyni.
— Miałaś dla mnie jakąś propozycję — zachęciła ją do rozmowy.
— Tak. Z tego, co mi wiadomo, chciałabyś zmienić… pracę — zaczęła powoli. Brunetka nawet nie mrugnęła oczami. Wpatrywała się w nią cały czas i wyglądało na to, że nie oddycha. — Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia – pracuj dla mnie.
— Świetnie, ale chciałabym wiedzieć, co miałabym robić. — Dziewczyna zdjęła z siebie grube futro z norek i rzuciła na fotel tuż obok Cynthii.
Tak na dobrą sprawę nie miała na sobie nic. Nic, prócz obcisłego koronkowego staniczka, spod którego doskonale widać było jej sutki, i koronkowych stringów.
— Wiem, że masz niecodzienne zdolności, o których wolisz z nikim nie rozmawiać. — Josephine kiwnęła głową, dając jej znak, by mówiła dalej. — A ja szukam ludzi, którzy potrafią robić dziwne rzeczy. Ty, jak mi wiadomo, potrafisz siłą swego umysłu ruszyć z miejsca wszystko, co tylko ci się wymarzy, czy to prawda?
— Owszem.
— Chciałabym, byś dołączyła do mnie, mojego brata i pewnego młodego dżentelmena, mogącego pochwalić się ogromną siłą i szybkością. Chciałabym, byś razem z nami dawała nauczkę wszystkim bandziorom, którzy myślą, że mogą być bezkarni. Zapewnimy ci mieszkanie i wyżywienie. Znajdziemy ci także dobrą pracę u sprawdzonych ludzi, która najbardziej by ci odpowiadała. Co ty na to?
Francuzeczka milczała przez chwilę. Widać było, że myśli. Świadczyć o tym mogła niewielka, wąska zmarszczka na jej jasnym czole. Wreszcie cmoknęła cicho i odgarnęła kosmyk włosów z twarzy.
— Wiesz ile do tej pory zarabiałam? — Przyjrzała się uważnie blondynce. Ta zmieszała się lekko i założyła nogę na nogę.
— Cóż, patrząc na tę limuzynę, szofera i futro…
— To akurat najmniej świadczy o moich zarobkach – samochód i szofer należą do mojego alfonsa, a futro ukradłam — zachichotała, widząc jej zdziwioną minę.
Była pewna siebie i wyluzowana, jak gdyby do tej pory pracowała w warzywniaku, a rozmówczyni była jej najlepszą przyjaciółką.
— Zresztą, nieważne. Wchodzę w to — powiedziała wesoło i pochyliła się w jej stronę, kładąc dłoń na kolanie kobiety. Cynthia drgnęła lekko, jak gdyby chciała się cofnąć. Josephine znów się zaśmiała.
— Mam dość tego wszystkiego. Nawet, gdybym od dziś nie miała zarabiać ani grosza zgadzam się. I tak oszczędności wystarczy mi na dobrych kilka lat. Po prostu chcę od tego uciec. Mam już dość tych grubych, łysiejących padalców, którzy wciskają mi swoje tłuste paluchy do… Wybacz — zreflektowała się pospiesznie i odchrząknęła cicho. — W każdym razie, mam tego dość. Dlatego do was dołączę. — Oparła się wygodnie i sięgnęła po butelkę szampana. — Trzeba to uczcić. Napijesz się ze mną? — zapytała, wskazując dwa kieliszki, stojące na niewielkiej półeczce.
Cynthia wyjrzała przez okno. Kątem oka zauważyła Connora i Teo, stojących na przystanku. Obaj zdawali się być lekko podenerwowani.
— Nie, wybacz, ale brat na mnie czeka. — Grzecznie podziękowała dziewczynie i poprosiła, by zatrzymała samochód.
— Jak chcesz. — Francuzeczka wzruszyła lekko ramionami. — Zadzwonię jutro po południu — mruknęła, odbierając od niej wizytówkę i otworzyła przed nią drzwi samochodu.
Hillback wyskoczyła z niego pospiesznie i, nawet się nie obracając, podbiegła do dwóch mężczyzn.
— Nigdy więcej!
Obaj zaśmiali się głośno widząc, że jest cała i zdrowa.
***
Młody blondyn wysiadł z autobusu i rozejrzał się wokoło. Znajdował się tuż przed gmachem jednej z największych szkół w Nowym Jorku. Gromady dzieciaków, w przedziale wiekowym od czternastu do osiemnastu lat, wlewały się przez bramę wejściową do szkoły. Mężczyzna westchnął głęboko. To go naprawdę przerastało. Nie rozumiał dlaczego nie mógł tego załatwić Teo. Z Billym poszło mu dobrze, ba! bardzo dobrze! Wrócił jeszcze tego samego wieczora, choć zarówno on, jak i jego siostra byli przekonani, że zajmie mu to co najmniej dwa, trzy dni. W końcu Evan był uważany za młodego buntownika, który nigdy się nie podporządkuje, a tu taka niespodzianka…
Założył na nos okulary i rozłożył gazetę, by nie wyglądać podejrzanie – typ kręcący się koło szkoły i obserwujący dzieciaki nigdy nie był nigdzie mile widziany. Oparł się o duży, betonowy kwietnik i postawił kołnierz płaszcza – jesień tego roku zaczęła się naprawdę wcześnie i od samego początku września niosła ze sobą potężne deszcze i silny, lodowaty wiatr.
— Przepraszam pana, czeka pan tu na kogoś? — Starszy jegomość w brązowym kaszkiecie w kratę, podpierający się na drewnianej, rzeźbionej laseczce przyglądał mu się wybitnie podejrzliwie.
— Owszem. Czekam na kuzyna — odparł kulturalnie, uśmiechając się przy tym uprzejmie.
Gdzieś w głębi niego rozgorzał potężny ogień. Connor nigdy nie był dobrym aktorem, a jeśli dodać do tego jeszcze fakt, iż nie umiał kłamać znajdował się obecnie w naprawdę kiepskim położeniu. Doszedł do wniosku, że Cynthia zrobiła to celowo. Wredna Cynthia. Zabiję ją, jak wrócę do domu.
Mężczyzna wciąż przyglądał mu się niezbyt przyjaźnie, jednakże przyłożył dłoń do czapki i kiwnął głową na pożegnanie, po czym ruszył przed siebie, postukując swą laseczkę.
— Mógłbym przysiąc, że wcale nie czytał tej gazety… Dziwny człowiek. Ale przynajmniej kulturalny, a to rzadkość w dzisiejszych czasach. — Hillback uśmiechnął się pod nosem.
Cóż, przynajmniej nie wpadł.
Zadzwonił dzwonek i dzieci wybiegły ze szkoły. Byli to uczniowie najstarszych klas. Connor wytężył wszystkie swoje zmysły – z wewnętrznym uchem włącznie.
— Daven, nie daj się prosić! Przecież wiesz, że bez ciebie to już nie to samo! — Rosły blondyn, ubrany w sportowe ciuchy i kurtkę z logiem szkoły wyskoczył przed niższego od siebie chłopca o krótkich, kruczoczarnych włosach.
Ten spojrzał na niego, unosząc w górę jedną brew i prychnął pod nosem, po czym uniósł ręce i począł nimi wymachiwać. Connor niewiele z tego rozumiał szczególnie, że wszyscy młodzi mężczyźni, zgromadzeni wokół bruneta przyglądali się z uwagą jego dłoniom, które układały się w przeróżne figury.
— Nie, no! Chyba żartujesz! Jak może cię nie interesować najważniejszy mecz sezonu! — wykrzyknął niziutki rudzielec o szczurzej twarzy.
— Daven, po prostu chodź z nami. Ty napijesz się piwa, my pokrzyczymy. Będzie fajnie! — zapewnił go kolejny z chłopców, przeciskając się pomiędzy tymi, stojącymi bliżej czarnowłosego, który znów zaczął machać energicznie dłońmi.
Hillback przyjrzał się uważniej i dopiero teraz zrozumiał, co ów młodzieniec robi. On był niemową!
— Wiedziałem, że piwo cię skusi. — Kolega szturchnął go w ramię, a ten uśmiechnął się nieznacznie i ruszył przed siebie.
Mężczyzna zauważył, iż pod pachą trzyma piłkę do footballu amerykańskiego.
— Cathaoir Daven? — zapytał, podchodząc do grupki uczniów.
— Nie pańska sprawa. — Przed brunetem ustawił się mur jego wiernych przyjaciół.
Chłopak, do którego zwracał się Connor pokręcił lekko głową i uśmiechnął się pobłażliwie, kładąc dłoń na ramieniu, wyższego od siebie o głowę, blondyna.
— Daven, nie wiesz kto to jest! — Kolega przytrzymał go, nie chcąc dopuścić do nieznajomego.
Ten jednakże machnął tylko kilka razy rękoma, mówiąc coś, co kazało przyjacielowi odsunąć się i pozwolić mu porozmawiać z obcym mężczyzną.
— Cathaoir? — Hillback ponowił swoje pytanie, na co tamten skinął tylko głową. — Chciałbym porozmawiać z tobą na osobności — powiedział nieco ciszej, jednakże koledzy chłopca usłyszeli każde słowo.
— Nie ma mowy! — oburzył się któryś, ale Daven już go nie słuchał.
Ruszył przed siebie, wymijając mężczyznę, który natychmiast udał się w ślad za nim. Zatrzymali się dopiero w jakiejś brudnej bramie. Młodzieniec usiadł na niskim stopniu i wyciągnął papierosy.
— Palenie jest niezdrowe — mruknął Connor, opierając się o ścianę na wprost chłopca.
Brunet uśmiechnął się kpiąco pod nosem i zaciągnął dymem papierosowym.
— Ciekaw jestem, jak ten głąb zamierza ze mną rozmawiać. Zna migowy? Nie sądzę. Nie wygląda na takiego. A ja nie zamierzam się wysilać. Jeszcze by mnie któryś z kumpli usłyszał — pomyślał, wciąż uśmiechając się nieprzyjemnie.
— Nie podoba mi się to. — Blondyn nie do końca rozumiał myśli chłopaka, a ten wcale nie miał zamiaru mu ich wytłumaczyć.
Wciąż milczał, czekając na kolejne posunięcie mężczyzny.
— Ach, jak ja lubię patrzeć na ludzi, którzy nie wiedzą, co zrobić w mojej obecności. Czasem mam ochotę się odezwać, ale po co? Tak jest zabawniej…
— Więc umiesz mówić, ale po prostu ci się nie chce? — zdziwił się mężczyzna, na co ciemnowłosy aż zakrztusił się dymem ze swego papierosa.
— Chyba rzeczywiście muszę rzucić to świństwo — burknął cicho. — Skąd wiesz, że umiem mówić. Skąd w ogóle mnie znasz? — zapytał niemal szeptem.
— Jeżeli masz chwilkę czasu mogę ci to wszystko wyjaśnić — zaproponował pospiesznie.
— Wal i tak nie mam do czego się spieszyć. — Wzruszył lekko ramionami i rzucił niedopałek na ziemię.
Connor zdeptał papierosa i odchrząknął lekko. Podrapał się po brodzie.
— Będę się streszczać, bo nie ma sensu owijać w bawełnę. — Przykucnął pod ścianą i wcisnął dłonie w kieszenie swojego płaszcza. — Nazywam się Connor Hillback. Mam siostrę bliźniaczkę – Cynthię. — Chłopak zrobił minę w stylu „stary, a co mnie obchodzi twoja siostra!” jednak nie odezwał się ani słowem. — Od niedawna szukamy ludzi twojego pokroju – posiadających niecodzienne zdolności. Wiem, co umiesz – pomaga nam ktoś, kto potrafi znajdywać takich, jak ty. Wiem także, co myślisz – bo jestem taki sam, jak ty. Potrafię czytać w myślach. — Zrobił przerwę, by zobaczyć, jakie wrażenie wywarły na chłopcu jego słowa.
Gdy zorientował się, że młodzieniec olewa to wszystko zupełnie, zaczerwienił się nieco, jednakże powrócił do wcześniejszej rozmowy.
— Moja siostra potrafi dotykiem wprowadzić do ciała człowieka potężną dawkę cyjanowodoru. Może zabić – jeśli chce. Dołączył do nas także pewien chłopiec, posiadający ogromną siłę i prędkość, a także dziewczyna, która posiada zdolności telekinetyczne. Chcielibyśmy, byś i ty z nami zamieszkał. Zapewnimy ci nocleg i pożywienie, a także znajdziemy dobrą szkołę.
— Po co wam to wszystko? — Cathaoir był wyraźnie zaciekawiony, jednak widać było po nim, że daleko mu do zdecydowania się i przystania na propozycję nieznajomego. — Dlaczego miałbym ci zaufać?
— Nie możesz mi ufać — stwierdził krótko. — Nie wszyscy ludzie są dobrzy. Świat nie jest dobry. I właśnie dlatego chcemy zjednoczyć swoje siły i ratować ludzi przed tymi, którzy chcą im zrobić krzywdę.
— Bawicie się w superbohaterów? — Bardziej stwierdził niż zapytał, podnosząc się powoli ze stopnia.
— Można to tak nazwać — zgodził się Connor.
— Super. — Czy dzieciak był przekonany? Ciężko było stwierdzić.
W każdym razie, podszedł do mężczyzny i pochylił się nisko, zaglądając mu głęboko w oczy.
— Masz samochód? — zapytał.
— Nie. Przyjechałem autobusem.
— Aha. — Młody wzruszył ramionami i wyjrzał z bramy na ulicę. — W takim razie chodźmy – właśnie nadjechał — machnął w stronę blondyna, ponaglając go, a potem puścił się biegiem w kierunku przystanku.
Connor pobiegł za nim. Nie podejrzewał, że to będzie takie proste…
***
Kawalerka Cynthii była mała. Mała dla jednej osoby, a co dopiero dla siedmiu! Całe szczęście, że przez większość czasu w mieszkanku nikogo nie było. Sen był co prawda ciężki, jednak Connor i Emilio w kółko powtarzali, że to tylko przejściowe. Że znaleźli już coś dla nich, jednak muszą to trochę… odkurzyć. Nikt co prawda nie wiedział, o co może im chodzić, ale woleli nie pytać.
Mijały dni, mijały tygodnie, a oni wciąż cisnęli się w niewielkiej kawalerce, która z każdym dniem stawała się jakby mniejsza. I wcale nie chodziło tu o to, że nowi lokatorzy przenosili swoje rzeczy z doczesnych miejsc zamieszkania. Po prostu zdawało się, jak gdyby ubywało miejsca, a nie przybywało rzeczy.
— Cat! — Josephine była wściekła.
Jej purpurowe policzki i przekrwione oczy mogły świadczyć tylko o jednym – miała ochotę kogoś zamordować. I tym kimś, bez wątpienia był Cathaoir.
Chłopak uniósł wzrok znad gazety, którą właśnie wertował (po raz trzeci tego dnia) i uśmiechnął się słodko.
— Co? — Odłożył gazetę i mignął szybko.
— Powie mi ktoś, co on gada? — Francuzeczka zwróciła się po pomoc do pozostałych, zgromadzonych w kuchni.
— A kogo konkretnie pytasz? — zapytał Billy, podchodząc do niej i obejmując ją delikatnie w pasie. — Bo jeżeli mnie, to muszę z przykrością stwierdzić, że nie mam bladego pojęcia.
Dziewczyna strąciła jego rękę ze swojej talii i fuknęła wściekle.
— Reader? — westchnęła błagalnie.
— Pytał czego od niego chcesz.
— Dzięki. — odetchnęła z ulgą, po czym opadła na kanapę obok Davena. — Chcę, byś zaczął normalnie mówić — warknęła, patrząc na niego wilkiem.
— Miau. — Chłopak zamiauczał cicho, po czym po prostu wstał z siedzenia i podszedł do drzwi kawalerki. Otworzył je energicznie i już chciał wykonać krok w przód, gdy…
— Kto ty? — Jego lewa brew natychmiast podjechała wysoko w górę, a prawa noga zatrzymała się w pół ruchu. Odstawił ją na podłogę i oparł się o framugę, splatając ręce na klatce piersiowej.
Evan wychylił się zza komody i zmrużył oczy.
— Czy jest pani Cynthia? — Piskliwy, cichy głosik dobiegał gdzieś z dołu.
Billy podszedł kilka kroków w przód i stanął tuż za Kotem. Jego głośny śmiech poniósł się echem po całym mieszkaniu.
— Co jest aż tak śmieszne, by przeszkadzać mi w przeprowadzeniu jednego z najważniejszych eksperymentów w moim życiu? — Każdy wiedział, że przerywanie pannie Hillback w mieszaniu żrących kwasów jest dosyć niebezpieczne. W mniejszym stopniu dla niej samej, a w większym dla tego, kto jej przeszkodził.
— Jakieś małe, jasnowłose stworzonko o ciebie pyta. — Billy był jak zwykle wyluzowany i pogodny.
Dla niego nic, co wiązało się z tymi ludźmi i tą kawalerką nie było dziwne, czy też niecodzienne. To po prostu należało już do jego życia i zlewało się z nim w jedną, spójną całość.
— „Małe, jasnowłose stworzonko”? Co ty pieprzysz, Billy? — Blondyna wysunęła głowę z sypialni i spojrzała na niego, jak na wariata.
— Chodź tu i sama zobacz! — Zaśmiał się pogodnie i machnął na nią ręką.
Connor, Emilio i Josephine spojrzeli po sobie, po czym również ruszyli do drzwi. Gdy cała piątka zgromadziła się wokół nich, Cynthia przepchnęła się na przód i spojrzała w dół. Zmarszczyła nieznacznie oczy i podparła się pod boki. Wyglądała dosyć dziwnie, biorąc pod uwagę poplamiony fartuch, rozczłapane drewniaki, gumowe rękawiczki na dłoniach i potężne, przezroczyste gogle, które miały za zadanie chronić jej twarz przed niebezpiecznymi substancjami.
— Panna Cynthia Hillback? — Dziewuszka postąpiła krok na przód i stanęła na palcach, by być bliżej twarzy kobiety, która za to odchyliła się nieco w tył i przyjrzała dziecku uważnie.
Ubrana była w cienką sukieneczkę w kolorze pomarańczy, na którą zarzucony miała biały, potargany sweterek. Na głowę wcisnęła słomkowy kapelusz, a na nóżki założyła brudne adidasy. W dłoni ściskała małego, białego misia, którego prawe oczko niemal całkiem odpadło, a nosek potargał się nieznacznie.
— Gdzie twoi rodzice? — Wszyscy zebrani przewrócili oczami i westchnęli głęboko.
— Konkretna aż do bólu. — Billy cmoknął z niesmakiem i odepchnął lekko Cynthię, co w połączeniu z jego niezwykłą siłą zakończyło się jej upadkiem na Teo.
— Uważaj! — warknęła, jednakże on już nie zwracał na nią uwagi.
— Jak masz na imię, ptaszynko? — Kucnął przed dziewczynką i oparł dłonie na jej małych ramionkach.
— Bella. — Uśmiechnęła się czarująco i przestąpiła z nóżki na nóżkę.
— Bella — powtórzył niczym echo, odwracając się nieznacznie w stronę zebranych. — To twoje prawdziwe imię? — Spojrzał na nią podejrzliwie, wciąż się jednak uśmiechając.
— Nie. — Szczerość do bólu – oto cecha charakterystyczna wszystkich dzieci.
— Ach, a zdradzisz, jak naprawdę masz na imię? — Wstał i wziął ją za rączkę.
Mała przytuliła misia i uśmiechnęła się nieco złośliwie.
— Nie — odpowiedziała krótko i przecisnęła się między wszystkimi, po czym podbiegła do kanapy i po prostu sobie na niej usiadła, sadzając miśka obok siebie. — Widzisz, Lary, mówiłam ci, że w końcu tu trafimy — powiedziała do niego, wzdychając z rozmarzeniem. — Widzisz, widzisz! A jednak moje wizje się sprawdzają! — Wytknęła go swym maleńkim, pulchnym paluszkiem, dźgając nim w jego maleńki nosek. — A ty mi nie chciałeś zaufać — mruknęła śpiewnie.
— Zaraz, zaraz – posiadasz zdolności nadnaturalne? — Josephine nie potrafiła obchodzić się z dziećmi, jednakże wcale nie przeszkadzało jej to w ich uwielbianiu.
Podeszła, nie! ona niemal podbiegła do Belli i klęknęła przed nią na podłodze.
— Nadnaturalne? Chodzi ci o to, że potrafię przewidzieć przyszłość? — Mała zamrugała swoimi oczętami i pochyliła się w stronę rozmówczyni tak, iż niemal stykały się nosami.
— No, właśnie o to mi chodzi. — Josephine niemal klasnęła w dłonie.
Powstała z podłogi i poskoczyła w miejscu, zwracając się w stronę zebranych.
— Ona potrafi przewidzieć przyszłość! — wykrzyknęła.
— Tak, słyszeliśmy. — Cat odezwał się tak cicho, jak tylko Kot potrafi i ziewnął przeciągle. Bez wątpienia cała sytuacja go nudziła. — Idę pobiegać po dachach. Nie dotykaj mojej piłki, mała! — zawołał jeszcze przed wyjściem, a na koniec zatrzasnął za sobą ostentacyjnie drzwi.
— Gdzie są twoi rodzice? — Nie, Cynthia nie zwykła dawać za wygraną. Przede wszystkim – nie pozostawiała żadnych pytań bez odpowiedzi.
Dziewczynka spojrzała na nią, po czym zatrzepotała swoimi długimi, jak na tak małe dziecko, rzęsami.
— Nie ma. Uciekłam z sierocińca. — Wzruszyła małymi ramionkami i zamachała nóżkami, które nie sięgały podłogi.
— Chyba nie chcesz jej odesłać? — Billy wyraźnie był zauroczony dzieckiem, które uśmiechało się do niego pogodnie.
— To raczej nie byłby dobry pomysł, nie sądzisz? — Nawet Jo stała po stronie Belli.
— Cyn? — Emilio położył jej dłoń na ramieniu.
Kobieta gwałtownie zwróciła się w jego stronę.
— Nie mów do mnie „Cyn”, bo cię w końcu wykastruję! — prychnęła, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła pędem do swej sypialni.
Zatrzasnęła za sobą drzwi i zamknęła je na klucz, a potem jeszcze krzyknęła by nikt więcej jej już nie przeszkadzał.
— Czyli zostajesz. — Billy wziął małą na ręce i okręcił się wokół własnej osi.
— Będziemy mieli z ciebie pożytek. — Connor pogłaskał ją po główce, a potem poszedł do kuchni, by przygotować późną kolację.
— Witaj w naszej zwariowanej rodzinie — powiedziała Josephine, całując ją w różany policzek.
— W rodzinie? A kto jest tatusiem? — zapytał Emilio, po czym uszczypnął Jo w pośladek.
Dziewczyna pisnęła i posłała w jego stronę jeden ze sztućców. Reader wyjrzał z kuchni i zmarszczył brwi.
— Mogłabyś go oddać? — Wskazał na widelec wbity we włosy Włocha.
— Niech Teo ci odda — prychnęła cicho i pokazała Leoncavallowi język.
— Tak, nasza wielka, zwariowana rodzina — westchnął głęboko Billy. — Witaj w domu, ptaszynko. — Pstryknął ją w nos, co dziewczynka przyjęła z szerokim uśmiechem na ustach.
. Zdjęcia pochodzą z